Deweloperzy, od 15 lat w budowlanym biznesie; właściciele W4S Construction, specjalizują się w ciesielstwie, wznoszą nowe budynki, zarówno mieszkalne jak i komercyjne, ale także odnawiają i przemodelowują używane. Realizowany obecnie projekt to 11 budynków rezydencyjno-komercyjnych przy 200 E. Pershing Road w Chicago. Od połowy stycznia br. Waldemar Czerpak jest generalnym wykonawcą przebudowy domu Fundacji znajdującego się w Schiller Park przy 3860 N. 25 Ave. Rozmawiamy z obu panami na temat tego przedsięwzięcia i związanych z nim spraw.
Dlaczego zdecydowaliście się przystąpić do przebudowy?
W.C. Jestem w bliskim kontakcie z Lucjanem Niemcem, wiceprezesem PACB-y, znanym w Chicago i okolicach brokerem ubezpieczeniowym i zarazem członkiem Komitetu ds. Centrum Dzieci Daru Serca. Więcej jak rok temu słyszałem od niego o przygotowaniach do przebudowy, m. in. o opracowywaniu architektonicznej dokumetacji i o jej zatwierdzaniu przez miasto. Póżniej także o ogłoszeniu konkursu na przebudowę i wyłanianiu kandydata do jej przeprowadzenia. Informacje przekazywane przez Lucjana były na tyle angażujące, że, przedyskutowawszy sprawę, postanowiliśmy wziąć udział w przedsięwzięciu. Decyzja, jak się okazało, nie była zbyteczna: wygraliśmy konkurs. Na pewno na nasze pozytywne nastawienie do sprawy wpływ miało i to, że swego czasu zetknęliśmy się z dziećmi Fundacji. Widząc, jakie problemy ze zdrowiem mają niektóre z nich, bylimy wręcz zaszokowani. No, ale czy można na przykład pozostać niepruszonym, widząc dziecko urodzone bez rąk? Albo dziecko z tak poważnym skrzywieniem kręgosłupa, że pozostaje mu tylko parę miesięcy życia? A jak się dowiedzieliśmy, takie wlaśnie dzieci, stanowią dużą część tych, którymi zajmuje się Fundacja.
S.B. Całkowicie podpisuję się pod tym, co powiedział Waldek. Widząc straszliwe ograniczenia, jakim podlegają dzieci ciężko chore ortopedycznie, nie przestaję dziękować Bogu za moje własne zdrowe potomstwo. Uważam, że powinienem Mu odpłacić za tę łaskę, robiąc przynajmniej od czasu do czasu coś dobrego dla dzieci, które znajdują się w trudnym położeniu.
Czy jest to wasz pierwszy udział w akcji charytatywnej?
W.C.: Pierwszy w akcji zinstytucjnalizowanej tego typu, ale któryś z kolei, jeżli chodzi o spontaniczne pomaganie potrzebującym. Na przykład kilkanaście lat temu zaczęła się wielka altruistyczna przygoda moja i całej mojej rodziny. Tragiczny wypadek sprawił, że troje dzieci bliskich krewnych mojej żony straciło rodziców. Żona, ja i nasze dzieci ani przez moment nie zastanawialiśmy się, czy się nimi zaopiekować. Jedynym problemem wymagającym rozwiązania bylo taka zmiana sposobu funkcjonowania i organizacji naszej rodziny, aby znalazło się w niej miejsce na trzy nowe, mlode istnienia. Brzmi to może niegrożnie, w praktyce jednak oznaczało poważne zmiany. Jedną z nich była na przykład konieczność sprzedania dotychczasowego domu i kupienia innego z większą ilością sypialń. W chwili tragedii dzieci miały odpowiednio 8, 9 i 12 lat. Były więc w wielu szkolnym. Oznaczało to, że musielismy przyjąć na siebie wszystkie te obowiązki, jakie spadają na rodziców dzieci-uczniów. A więc interesowanie się ich postępami w nauce, pomoc w pracy domowej, dowożenie na dodatkowe zajęcia, interweniowanie w przypadku trudności wychowawczych, kształowanie nawyków troski o porządek, o zdrowie, pożyteczne spędzanie wolnego czasu itd., itd. Większość tych spraw wzięła na siebie żona, Mira wspaniała towarzyszka mego życia. Nawiasem mówiąc, aby się skutecznie wywiązać z tych niełatwych powinności, zrezygnowała z pięknie zapowiadającej się kariery zawodowej w dziedzinie księgowości. W tej chwili dzieci mają 20, 21 i 23 lata i dwoje z nich już się usamodzielniło. Dla trzeciego tragiczne odejście rodziców było tak wielkim szokiem, że do dnia dzisiejszego nie może się ono uporać z jego skutkami, w związku z czym nadal jesteśmy razem.
Generalnie żona i ja staramy się być ludżmi dobrej woli. Pomagamy na tyle, na ile nas stać, sponsorujemy organizacje społeczne i charytatywne, m. in. Dar Serca.
S.B. Nie przydarzyło mi się nic tak bardzo skrajnego jak Waldkom. Moją charytatywną legitymacją jest to, że od dawna w miarę regularnie wysyłam pieniądze i ubrania do Polski dla ludzi znajdujących się w klopotach materialnych.
Wróćmy do przebudowy. Czy W4S bardzo cierpi na tym, że od pewnego czasu jeden z was jest zaangażowany na zewnątrz?
S.B. Przesadziłbym, gdybym powiedział, że nie ma to żadnego znaczenia. Zważywszy jednak, że jesteśmy zgranymi partnerami, także w tym znaczeniu, że zawsze wychodzimy sobie naprzeciw i że nasz biznes już dawno temu osiągnął stabilność, zaangażowanie się Waldka na zewnątrz to problem, który w miarę gładko rozwiązujemy.
Po jednym z wystapień radiowych któregoś z was zadzwonił słuchacz, chcąc się upewnić, czy się nie przesłyszał, że generalny kontraktor i jego wspólnik biznesowy nie wezmą pieniędzy za pracę przy przebudowie. Przesłyszał się czy nie?
W.C. Nie, nie przesłyszał się. Nie weżmiemy. Jeżeli publicznie i prywatnie głosimy konieczność pomagania bliżnim, nie możemy przecież postępować w sposób z tym poglądem sprzeczny.
Ile Fundacja na tym zyskuje?
S.B. Około 100 tysięcy dolarów. Zarobek budowniczego wynosi z reguły 10% kosztorysowej ceny
projektu a, jak wiadomo, wartość przebudowy została oszacowana na prawie 1 milion dolarów.
Sto lat dla Stanisława Borucha i Waldemara Czerpaka! Nieprawdopodobny gest! Uznanie Fundacji i wdzięczność dzieci murowane!
Swego czasu mówiliście, że rekonstrukcja domu Fundacji to inicjatywa pod wieloma względami unikatowa...
S.B. Jak najbardziej. Od samego początku zwraca uwagę niecodzienna ofiarność ludzi zgłaszających pomoc. Proszę sobie wyobrazić, znajdują się wśród nich osoby, które dopiero co przyjechały z Polski, a więc osoby, przed którymi jeszcze długa droga dorabiania się, znajdowania swego miejsca w nowym otoczeniu. W wielu przypadkach ludzie ci pracuja po kilkanaście godzin dziennie. Mimo to iluś z nich zadeklarowalo udział w pracach.
W.C. Osobliwością przebudowy jest uczestnictwo w niej w niej golfistów zrzeszonych w Chicago Golf Club. Udział ten jest tak znaczący, że może trzeba zacząć mówić, że to oni wznoszą dom. Aby nie być goloslownym, w przedsięwzięciu uczstniczą następujący członkowie klubu: Wojciech Radzajewski - AWR Construction and Builders, Marian Flis - Aatmos Electric, Dariusz Szastowicki - Explorex Corp., Jacek Kusznerko - Quest Builders and March Plumbing, Tom Startek -Startech – Glass, Sławoj Ostowski, Poldoor, Alfred Kaczmarek, WK Express, Bogdan Owca - Square Deal, Leszek Kawa - Kawpol Company. Najwyrażniej udział w klubowych zajęciach sprzyja kształtowaniu postaw ogólnoludzkiej solidarności, które manifestują się w zetknięciu z różnego rodzaju społeczno-humanitarnymi inicjatywami. Krótko mówiąc: Niech żyje sport, niech żyje golf!
S.B. Coś w tym jest. Gdyby inaczej, nie musialoby dojść do włączenia się do akcji Handzel Open szeroko znanego w wielkim Chicago przedsięwzięcia sportowo-towarzyskiego. Nawiasem mówiąc, serdecznie witamy w gronie ludzi dobrej woli jego pomyslodawcę, organizatora i animatora Grzegorza Handzla, właściciela prestiżowej, dynamicznie się rozwiającej firmy ubezpieczeniowej Handzel & Associartes.
W.C..Skoro mowa o specyfice naszego projektu, to podkreślmy, że uczestniczą w nim profesjonaliści z prawdziwego zdarzenia. Przyjemnie jest widzieć poszczególne ekipy zaopatrzone we własny nowoczesny sprzęt, ze znawstwem wykonujące powierzone zadania.
Brawo! Czego wam życzyć?
S.B. Kolejnych sojuszników. Jeszcze trochę brakuje, abyśmy mieli „obstawione”wszystkie pozostałe prace.
Dziękuję za rozmowę.
Ktokolwiek z Czytelników może pomóc albo zna kogoś, kto może, prosimy o kontakt:
Dar Serca, 2653 N. Narragansett Ave., Chicago, IL 60639, tel. 773-237-4800, faks: 773-237-1221,
email: giftheart@sbcglobal.net
Rozmawiał: Roman Jurewicz
Zdjęcie: Marek Jezuit